Skoro już wiemy jak rozpoczynała swą karierę krew, to rozejrzyjmy się po najsłynniejszych przypadkach w poszczególnych gatunkach. Dzisiaj na odstrzał idą FPS’y. Gatunek ma swoje początki w 1974 roku i nadszedł z grą pod tytułem Mazewar. Na próżno w niej szukać koloru czerwonego. Szata graficzna obsługiwała ino zielony i czarny. A o krwi nikt wtedy nie myślał.
Przypuszczalnie pierwszy raz mogliśmy ją zauważyć dopiero w 1989 roku w grze Xenocide. Atakujące nas robactwo zostawiało nam krwawe zacieki na szybce naszego hełmu.
Jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości, że to krew, a nie jakiś smark kosmity, to przenieśmy się 2 lata do przodu do firmy id Software. W 1991 wypuścili oni Hovertank 3D, gdzie wyraźnie widać, że mutanty, po zabiciu, zamieniają się w czerwoną kałużę.
Wystarczył rok, aby spod ich skrzydeł wyszedł tytuł, który stał się rdzeniem, wokół którego budowały się wszystkie późniejsze FPS’y. Był to oczywiście legendarny Wolfenstein 3D. Hitlerowski trup ścielił się gęsto wykrwawiając się pod siebie. Trzeba przyznać, że eksterminacja nazistów to czysta przyjemność. Jednak to pewna przygoda na Marsie stała się większym kultem.

DOOM, bo tak owy kult się zwie, to rzeź w czystej postaci. Osiem rodzajów broni (wliczając w to pieści) i masa mięsa pochodząca wprost z cyber-piekła. Aż strach pomyśleć, że naszym jedynym motywem do mordowania była chęć naciśnięcia guzika pod koniec każdej mapy. No może trochę miało na to wpływ ocalenie Ziemi przed inwazją.
Krew w DOOM’ie jest wszędzie - na podłogach, sufitach, ścianach. Niektóre poziomy są wręcz całe zrobione z ociekającego mięcha, a co rusz można spotkać zwłoki naszych kolegów powbijane na pręty wystające z ziemi.
Przenieśmy się 2 lata w przód. Rok 1996, Książę wlazł z impetem kopać dupska i żuć gumę. Duke to posiadacz jednego z najbardziej oryginalnych oręży w historii strzelanek. Oprócz zmniejszania, zamrażania, czy wysadzania wrogów w powietrze, miażdżył ich drzwiami, wykopywał im oczy, urywał głowy i załatwiał się im do zwłok. Ubaw po pachy!
Dzięki sukcesowi Duke Nukem 3D, powstała gra, której sama nazwa jest tak krwawa, że już bardziej krwawą być nie może. Chodzi oczywiście o Blood.

Krew była wszechobecna, zaczynając już od pudełka z grą. Naszym pierwszym narzędziem zbrodni były widły. Dzięki nim rozczłonkowywaliśmy nasze pierwsze ofiary, jak i okazyjnie leżące zwłoki. Głowy, które odpadały od broczących ciał, mogliśmy kopać. Było to na tyle zabawne, że w dodatku do Blood II znalazł się tryb, który zwał się pieszczotliwie Zombie Head Soccer. Ale wracając do tematu! Podczas wędrówki mogliśmy napotkać krematoria, sale tortur pełne zwłok, a na poziomie Dark Carnival mogliśmy znaleźć wiszące zwłoki wcześniej wspomnianego Duke’a, które mogliśmy sobie pobujać! Warto też nadmienić, że życie uzupełnialiśmy zbierając ludzkie serca.
Blood’a można opisywać kilometrami. Pełno w nim nawiązań do starych horrorów, a Caleb co rusz rzuca jakimś soczystym tekstem. I tak jak poprzednie tytuły jest pozycją kultową.
Reszta FPS’ów 2,5D to mniej lub bardziej udane mutacje powyższych tytułów. Oczywiście we wszystkich, krew to obowiązek. Warto jeszcze wspomnieć o dwóch produkcjach z 1998 roku. Takie gry jak Shogo: Mobile Armor Division i Blood II, dzięki silnikowi Lithtech, udowodniły, że w organizmach żywych znajduje się o wiele więcej krwi niż na to pozwala pojemność ciała.
Niestety, to właśnie w FPS’ach najprężniej rozwijają się krwawe rozbryzgi i temu podobne rzeczy. A szkoda, bo historia pokazuje, że nie tylko tam krew bardzo dobrze sobie radzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz